dandys-w-szlafroku blog

Twój nowy blog

a moja lotewska kolezanka miala wystawe. nic pewnie w tym nie byloby dziwnego, gdyby nie fakt, ze autorka zdjec, mila, lecz bardzo nierozgarnieta mloda osobka, ktora aspiruje do bycia kolejna nan goldin, przynajmniej na skale srodkowo i wchodnio europejska, wymyslila sobie, ze bedzie to performance. no niech juz jej bedzie. jako ze tytul wystawy OSOBISTEJ (to bardzo wazne, bo koleznaka Krysia podkresla to w kazdym wywiadzie) brzmi w wolnym tlumaczeniu na polski „hej, wyjezdzam!”, autorka zdjec posanowila przykleic swoje male arcydziela na walizkach i poruszac sie z nimi po miescie. do udzialu w wydarzeniu zaprosila SWOICH miedzynarodowych znajomych, totez prezdsiewziecie wydawalo sie powazne. jednakze, okazalo sie, ze jest zimno i nikomu sie nie chce przyjsc na miejsce zbiorki, zdjeica jakies takie dziwne, a towarzystwo miedzynarodowe, ktore mialo nosic walizki po miejscie i robic halas utknelo na granicy, bo jak sie okazalo Schengen nie jest taki dziurawy i moga sprawdzac dokumenty, a jak sie ich nie ma to sie delikwentow na teren innego kraju nie wpuszcza. no skoro juz nie ma tych pomagierow, to sie zgodzilem niesc te cholerna walize, wiec musialem sie udac do punku zero znajdujacego sie w mieszkaniu. zatem na lekkim jeszze rauszu po dniu poprzednim udaje sie na miejsce, wchodze do kuchni, widzie piekne skorzane i drewniane walizki i zdjecia na nich. jakiez jednak bylo moje zdziwienie, gdy odnalazlem dwa zdjecia ze moja twarza, a obok nich jedno zdjecia penisa i lampy. na litosc boska. co z tego, ze penis duzy (niby nie ma sie czego wstydzic), ale najwazniejsze ze nie moj, a mozna pomyslec ze moj. obrazony, postanowilem nie nosic walizek, a w ramach zemsty fotografowac performance w kompromitujacych miejscach i scenach. tak przeciez nie wolno

nawiązując do poprzednej notki, żyję. okazuje się, że niespodziewana wizyta, była jedynie akcją jednorazową, choć mam wrażenie, że nie pójdzie tak łatwo. faktem bowiem jest, że ów chłopiec posiada kolejny komplet kluczy i rzekomo raz po raz pod nieobecność lokatorów pojawia się w mieszkaniu, ot tak, by sobie pospacerować.

a ja się cieszę. dzisiaj się cieszę. okazało się, że szkoła, do której od wczoraj uczęszczam na zajęcia, nie wiedzieć czemu, postanowiła udzielić mi gigantycznej zniżki, i tak nie będe musiał płacić za semestr 1000 zł, a jedynie 200. różnica jest raczej znaczna. humor psuje mi jedynie spóźnienie tłumaczeniowe, któremu winne jest jedynie moje lenistwo. siedzę teraz przy pięknym masywny drewnianym biurku, zajadam najpyszniejszą zupę na świecie i wplepiając wzrok w ekran komputera zastanawiam się jak przetłumaczyć na jutro jakieś 50 stron tekstu, o którym nie mam pojęcia. wykonalne?

nelabums

4 komentarzy

mieszkaniem drży, mieszkaniem trzęsie i to z mojej złości i skonfudowania. rzeczone wspaniałe 100 kwadratowych metrów zdaje się mieć oprócz właściciela jeszcze jedną osobę, która rości sobie prawa do tej przestrzeni. otóż siedzę ci ja sobie, słucham jak wyje Bon Iver, zaczytuję się w ‚Mdłościach’, gdy mi końcówkę rozdziału przerywa nieśmiały dźwięk dzwonka do drzwi. otwieram, a tu chłopiec, o którym można powiedzieć wszystko tylko nie to, że jest nieśmiały. nie reaguje na zadane piękną łotewszczyzną pytania o pochodzenie i podstawowe dane osobiste, zagląda do łazienki, kuchni. pyta czy może zostać na noc. że jak, że co. dzwoń do właściciela, chłopcze, bo ja decydować nie będę. i jak się okazało może, bo nikt nie ma siły ani nerwów go wyprowadzać. teraz siedzę i patrzę na jego plecy. chyba coś czyta i piję herbatę. mam nadzieję, że nie kawę, bo muszę iść niedługo spać i nie chcę mi się czuwać nad jego każdym impretynenckim gestem. więc tak sobie siedzimy – ja obecny w jednym końcu pokoju i ja były w drugim. dostałem przykaz ignorowania, choć zadanie nie będzie łatwe i nie tylko dlatego, że gość jest wysoce niegrzeczny, ale również dlatego, że szalenie mnie interesuje jego postać (a przecież nie od dziś wiadomo, że ciekawska ze mnie żmija). mam jedynie nadzieję, że jutro nie obudzę się z nożem w plecach. stay tuned.

RIX

Brak komentarzy

mieszkanie na walizkach zaczyna mi wchodzić w krew i jak tak dalej pójdzie opanuję sztukę posiadania swojego skromnego bądź co bądź dobytku w 10 miejscach i niezpominaniu o stanie jakościowym, jak i ilościowym. akademika się wystraszyłem, ale niedługo dane mi było żyć w trwodze, bo jak z nieba spadła mi propozycja mieszkania w samym centrum, w lokalu na strychu. to oczywiście tylko iluzoryczna namiastka stabilności, bo przyjdzie mi się stąd przemieścić. tak sądzę. póki co delektuję się faktem, że mam 100 kwadratowych metrów prawie tylko dla siebie oraz okno, przed którym spędzam sporą część wieczoru, spoglądając na ulubioną ulicę Barona. co rano sprowadzam się jednak na ziemię, kiedy to przy porannej kawie w łóżku i magazynem Rigas Laiks w ręce z uporem maniaka wbijam sobie do głowy, że to tylko na chwilę, nie przyzwyczajaj się za bardzo. trudna to jednak sztuka. póki co pada, do czego też się można przywyczaić, tym bardziej, że dudniący o dach deszcza jakoś ciekawie współgra z Grizzly Bear.

po raz kolejny moje umiejętności językowe zostały wystawione na dużą próbę, co więcej w dziedzinie, z którą rzadko chcę mieć coś wspólnego oprócz pieniędzy. zostałem bowiem zobligowany do założenia konta, na wieść o czym, nie kłamię, przeszył mnie dreszcz. znana jest bowiem niektórym moja przygoda z zagranicznym, a mianowicie amerykańskim, bankiem, gdzie debet na moim koncie niekontrolowanie urósł zapewne do wielkości horendalnych. i za co to wszystko, za śmieszny sweter, w którym nawet nie chodzę. tak czy siak, trudnej sztuki otwarcia kolejnego konta przyszło mi dokonać tutaj i w dodatku w jednym z lokalnych języków, bo z reguły na angielski reaguje się tutaj niemalże panicznie. w sumie to na dwoje babka wróżyła, bo w rosyjskim przestałem się czuć pewnie, a w łotewskim, który uwielbiam, brakuje mi niezbędnego handlowego słownictwa. postanowiłem jednak zaryzykować i co, i udało się nadwyraz dobrze. muszę przyznać, że rozkręciłem się w rozmowie niesamowicie, bo pani mi na to pozwoliła, do tego stopnia, że sprawa, która, jak mnie zapewniono na początku, miała trwać zalediwe 10 min, za obopólną zgodą obydwu stron przeciągnęła się do pół godziny. udało mi się panią zagadać do tego stopnia, że konto mam za darmo, choć chyba nie powinienem, a biedna, rozkojarzona lekko pani z banku popsuła drukarkę. czy aż taki mam szarm? jutro odbieram piękną kartę i wszystko jest cziki-piki.

cieszę się, że tu morze jest bliżej. nie dane mi było skosztować kąpieli w Polsce, to zrobiłem to na Łotwie. i to w wielkim stylu, bo przy wietrze prawie sztormowym, w lodowatej wodzie i przy napierających ogromnych falach, w dodatku o 23 w nocy, gdy plaża jest pusta. czy to było rozsądne? raczej nie. czy się bałem? trochę tak. czy to jednak ważne, gdy czuję się w miarę stabilnie, a na pewno stosunkowo dobrze. z dużym dystansem, ale stawiam jak na razie mojemu pobytowi tu dużego plusa.

uż oddycham, już na starych śmieciach, już nabrałem dystansu, toteż mogę zdobyć się na wysmarowanie notki post weekendowej. temat to bądź co bądź wdzięczny, bo i kompania wesoła i moc eventu.

lubię jadło, cokolwiek by o niej powiedzieć, to jednak ją lubię. może to przyjemne wspomnienia, może ciasnota na zewnątrz, a może to piwo łomża, którego nigdzie indziej nie udało mi się znaleźć. jadło tym razem uzmysłowiło mi, że w stanie upojenia wszedłem na zupełny inny level mobilności. jeśli dobrze pamiętam, to na początku było „spać”, potem był okres „tańczmy”, następnie przyszedł czas na niewinne spacery po mieście, a teraz chyba nadszedł okres „wspinaczkowy”. nie wiedzieć czemu zdaje mi się, że każdąj drogę należy przebyć w sposób jak najbardziej skomplikowany, wskakując na fabryczne ruiny, tudzież przedzierając się przez barierki placu zabaw dla ciedzi. efekt, do tej pory boli mnie obity tyłek. alkohol obnażył również ukrytą na trzeźwo kleptomanię. przepraszam lokale w imieniu swoim i innych uczestników „zabawy” za brak w inwentarzu szklanki, klieliszka, litra soku; klienta, któregoś lokalu przepraszam za zgarnięcie reszty, a ZTM za numer 19. zabawa była jednakowoż udana, ktoś się nie zgodzi?

natomiast zazwyczaj nie lubię poranka po. zwłaszcza, kiedy mam prowadzić niepewne auto z ludźmi w środku. samochodem aczkolwiek udało mi sie wjechać na parking arkadii i z trudem z niego wyjechać (dzięki Yssy za czytanie znaków), przedarłem się również przez topiącą się stolicę i dotarłem nad zegrze. śmierdzi to miejsce niemiłosiernie, dośc powiedzieć, że woda koloru zupy, a na plaży za 5 zł od głowy smażą się kotlety w bikini obok tych na grillu. fuj. i dlaczego zostaliśmy tam aż dwie godziny? pozdrawiam również panów policjantów stojących na drodze do płocka za pytanie „przyjmujesz pan mandat?” mama wszak zawsze mowiła, jak dają, to bież, tylko że tym razem za tę przyjemność płaci moja kieszeń i czyściutkie konto kierowcy. swoją drogą chciałem jakoś wymanewrować się z tej nieprzyjemnej sytuacji (nie łapówką, broń boże, nie daję), ale uśmiechem i złym stanem technicznym samochodu, ale wskazywanie na niedziałający prędkościomierz jest chyba kiepską linią obrony. chciałbym również pozdrowić włodarzy samego płocka za stworzenie, jak się zdaje, najdłuższej, bo wijącej się po całym mieście, ulicy jednokierunkowej, za co, i tu pozdrowienia dla płockiej straży miejsckiej, przyszłoby mi płacić znacznie więcej. ale jak to panie władzo, tu nie można wjechać? ależ ja pierwszy raz tu, ja nie wiem, ja biedny, ja roztargniony, ja w złym stanie psychicznym, nie nie muszę dmuchać, bardzo proszę, niech pan puści i puścił, z grymasem na twarzy i pogardą dla „kiepskiego kierowcy”.

audioriver rozczarowuje kiepską organizacją i dziwi obecnością „czerwonego namiotu”, w którym łysole-drechole bez koszulek podrygują w rytm manieczek. jak dla mnie UNKLE uratowało event, ale nie wiem, czy gawiedź się zgodzi.

droga powrtona z kofliktem mała przedsięborczość (sklep Grosik)-duża przedsiębiorczość (polo market) w Gąbinie oraz przygodą wodną. nareszcie się wykapałem w naturalnym akwenie, a miejsce dla tych, co lubią naturę, godne polecenia, szczególy u yssy (bo ona MA mapę) albo Irminy (bo ona ma…pamięć i zmysł orientacji, hę?)

z racji tego, że i radio w aucie nie działa raczyliśmy z yssy pozostałych bezustannym coverowym recitalem. opanowaliśmy refren „electric feel” oraz beatę i to na dwa głosy.

nie możemy zapomnieć o wynalazkach, które muszą być koniecznie opatentowane. błagam, zróbmy coś w sprawie globusa samochoowego oraz sopla do czytania.

tyle, następna notka, albo pożegnalna jeszcze z Polski, albo powitalna i zapraszająca już z Rygi.

słowo się rzekło, kobyłka u płota: emolinki w emogaciach w pełnej krasie

słowo się rzekło, kobyłka u płota: emolinki w emogaciach w pełnej krasie

hieny

2 komentarzy

zostaję tu o tydzień dłużej. już wszystko załatwione z agencją w Rydze. dali się nabrać na drobne kłamstewko o mojej obłożnej chorobie i konieczności wizyty w szpitalu, co akurat tak się składa jest prawdą, bo jutro czas konsultacji medycznych i pewnie wyroku dla moich migdałków.

póki co siedzę tu a nie tam, a tu czas płynie nieco wolniej, choć nie aż tak strasznie, jak mi się wcześniej wydawało. nie zarzuciłem konika rowerowego i z aparatem na plecach mknę po pustym mieście. odwiedzam miejsca, w których już bardzo dawno mnie nie było i które ku mojemu zdziwieniu bardzo się zmieniły. moja ulubiona stacja kolejki wąskotorowej jeszcze bardziej się zapadła i nie zmieni tego nawet nowy szyld na niej powieszony. park śmierdzi teraz trochę mniej. pełno tu jakichś nowych zakładów, czyli trzeba przyznać panie kolego, że robota idzie z gazem.

 
lubię tutejszy cmentarz, choć otworzyli nową część, na którym przygotowanych już jest kilkanaście miejsc na groby, co od razu przywiodło na myśl zbiorowe mogiły. Pewnie chcą teraz chować ludzi hurtowo, może tak jest taniej. ucieszyłem się, że podczas mojej nieobecności ktoś dba o mój ulubiony grób „babci grzybka”. gdyby nie ta troska nieznanej mi osoby ten drobny kurhan na pewno czekałaby niechybna zguba. dobrze, że niektóre rzeczy się nie zmieniają.

nie mam zamiaru spowiadać się przed sobą z faktu niepisania. wielokrotnie zdarzało się tak, że obiecywałem sobie wyklepanie na klawiaturze choćby kilku zdań, ale w ostatniej chwili z lęku przed czymś tam zmieniałem zdanie. teraz jednak głos w głowie z uporem maniaka krzyczy coś w deseń „pisz, kurwo” toteż nie mam zamiaru się mu opierać. liczę jednak na to, że to nie pierwszy symptom rozdwojenia jaźni.

ostatnio bywam, a to w przy rodzicach, a to w krakowie, który cały czas nie daje mi się polubić, czasem też w Warszawie, która na nowo próbuje mnie skusić do pozostania, ale znowu będę musiał oprzeć się jej urokowi i powrócić na ryskie włości. tak z ręką na sercu to, na mój uzbierany przez rok dobytek składa się jeno stara kolażówka, której nie lubię, bo mnie męczy, ale jest złota, więc fajnie się jej robi zdjęcia. ot taka, namiastka blichtru. z rzeczy niematerialnych mam tam kilkoro znajomych, którzy dopiero po kilku miesiącach prób odważyli się ze mną porozmawiać i poznać mnie bliżej i trochę nie chcą mi dać odejść. co poradzić, nacja to wszak bardziej północna, a to wedle mojego doświadczenia jest wartość współporporcjonalna do stopnia aspołeczności, toteż najprzyjemniejsze chwile zdarzyły się tuz przed samym odjazdem. mam tam kilka również kilka widoków na przyszłość oraz takich czysto architektonicznych. czy to jednak wystarczająco pociągnie obecne pragnienie emigracji? symptomatyczne zdaje się jednak to, że jak myślę o wynajęciu mieszkania, to od razu pojawiają się lokacje ryskie a nie warszawskie. zobaczymy jeszcze jak będzie, ale zapowiadam już teraz, że do końca września postaram się posiedzieć na Łotwie. czy ktoś do mnie ma zamiar uderzać?

mam już za sobą pierwszą wizytę. chyba udaną, bo na pytanie, czy się podobało, otrzymałem odpowiedź twierdzącą okraszoną ładnym uśmiechem. No to kto następny? w ramach rekomendacji nieskromnie przyznam, że uważam się za wcale niezłego przewodnika po Rydze. uświadomiłem sobie swą wiedzę na temat tego miejsca dopiero w konfrontacji z wymagającym i łaknącym wiedzy gościem. zdaje się również, że doskonale jestem w stanie zorganizować wolny czas przy okazji robiąc sobie wagary.

za największy swój wyczyn uważam wbicie się na dosyć ekskluzywną imprezę, na której, jak się okazało zbierają się lekko snobistyczni i lanserscy ryżanie. lecz wszak nie od dziś wiadomo, że gość w dom bóg w dom, więc nie mogło mnie i gościa tam zabraknąć. mało chwalebne jest jednak to, że musiałem uciec się do drobnego kłamliwego dziennikarskiego fortelu. czyż jednak nie cel uświęca środki. bawiliśmy się za to doskonale.

Dzięki gościowi, odnalazłem również ciekawą i piękną kawiarnio-galerię, co prawda tego dnia bez kawy (automat winny), ale z pięknymi pocztówkami, badzikami, i biżuterią. Gość zamówił sobie piękne kolczyki. nie mógł ich sam kupić, bo się spłukał i ostatnie pieniądze postanowił wydać na czasopismo z magnet poetry oraz suchą bułkę na wielogodzinną podróż. Nie będę ukrywać, że przez gościa obecnie jestem na skraju bankructwa i mogę mieć problem lokalowy. kasiu, dziękuję za wizytę.

ryskie elo
Photo Sharing and Video Hosting at Photobucket

poleciał on w piątek, samolotem dużo spóźnionym, ale mimo to skutecznie wylądował na berlińskim lotnisku znajdującym się na dużym zadupiu. czy ja już mówiłem, że lubię Berlin? jeśli mówiłem, to mam nadzieję, że się skromna bądź co bądź publika nie obrazi, jeśli się powtórzę, bo mam zamiar ponownie w superlatywach wypowiadać się na temat tego miasta i tego jaki ma wpływ na mnie. a trzeba jeszcze nadmienić, że musieliśmy się trochę docierać: ja i Berlin, rzecz jasna. tym razem było muzyczno-Erazmusowo-demokratycznie. Muzycznie, bo udało się dopisać do listy koncerty Maximo Park (nie porwał mnie, bo to i druga płyta raczej nudna, publika do bawienia się mało skłonna, a szatnia do przyjęcia odzieży wierzchniej w Columbiahalle zupełnie niezdatna, słowem: niedosyt) oraz akustyczny gig Sigur Ros (nareszcie udało się zobaczyć uroczych panów na żywo, a i jeszcze swój film Heima pokazali – no leniwi to o ni nie są). Erazmusowo, bo gospodyni na Pankow w pięknym mieszkaniu oraz gospodarz na Kreuzbergu w kawalerce właśnie na stypendium tam pojechali, więc dla mnie to trochę z deszczu pod rynnę, ale nieco inną. na ostatnią część wyjazdu składało się głosowanie w ambasadzie, która została wyrzucona na dalekie przedmieścia, co o dziwo nie zniechęciło polonii do wzięcia udziału. nigdy się tak jeszcze nie poświęcałem dla idei, bo trzy godziny stania w kolejce, to nie lada sztuka, a empatyczny czytelnik nie może się z tym nie zgodzić. ale ile to się człowiek może dowiedzieć o sprawach rodaków na obczyźnie stojąc w kolejce. poczułem się zbliżony. przed oddaniem głosu polonia rozmawiała o violettcie villas, saunach i potrawach jajecznych. dobór tematów niczym niemotywowany. Dałem również krótki ywiad dla berlińskiej tv RBB i chciałem zrobić dla towarzystwa zdjęcia w głosujących, ale kręcący się po lokalu tajniak zagroził, że skasuje mi całą zawartość karty w aparacie. dziś obchodzę urodziny, a jedna koleżanka napisała w życzeniach, że to chyba fajnie, że moje drobne święto wypada już w „innej Polsce”. czyżby?


  • RSS